Czas mija, a Was było... || • Weź mnie ze sobą • || • Odezwij się • || • Cała Ja • || • szablon • - Miss Izabela
Szanowny Billu... Czyli tajemnica śnieżnobiałej koperty
Data: czwartek, 29 listopada 2007
Czas: 17:08:58
Komentarze: 10
Treść: Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze pod ostatnią notką. Cieszę się, że się podobało. A teraz zapraszam na kolejnego jednoparta, tym razem jest krótszy i w innej formie.
Zapraszam do czytania!


-Bill! Kolejna porcja urodzinowej poczty.
Czarnowłosy chłopak westchnął głośno, ciężko podnosząc się z czarnej, skórzanej kanapy. Nonszalanckim krokiem, poprawiając swoje perfekcyjnie ułożone włosy przemierzał długi,
pomalowany na beżowo korytarz studia nagraniowego. Był lekko znudzony, jego życie wydawało mu się monotonne i bez jakiegokolwiek sensu. Muzyka już nie sprawiała takiej frajdy jak na początku. Znudził się karierą? Bywa. Znudził się popularnością? To także bywa męczące. Ale nigdy nie spodziewał się, że jego największa kochanka – muzyka, kiedykolwiek przestanie mu sprawiać przyjemność. Z impetem otworzył dębowe drzwi i bez większych ceregieli opadł na biało - szarą sofę, obok, której leżały dwa stosy kolorowych kopert przyozdobionych w różnego rodzaju wzorki. Przeczesał wzrokiem usypisko, gdy nagle w oczy rzuciła mu się jedna, niepozorna, śnieżnobiała koperta. Z zaciekawieniem sięgnął po nią bez namysłu rozrywając papier. Jakie było jego zdziwienie po przeczytaniu pierwszych linijek.




Monachium, 01 Września 2008 roku


Szanowny Billu,
A może nie. Lepiej będzie - Kochany Billu? Zapewne otwierając tą kopertę (o ile kiedykolwiek ten list wpadnie Ci w ręce) właśnie takiego nagłówka się spodziewasz. Przykro mi, muszę Cię rozczarować. Ten list nie będzie kolejnym wyznaniem miłosnym, nie będzie również miły. A może będzie Ci zupełnie obojętny? Nie wiem. Pewnie nawet nie rozumiesz, o co może mi chodzić. Dla Ciebie jestem tylko jedną z pośród tysięcy w tłumie na każdym Twoim koncercie. Kimś, na kogo patrzysz, a widzisz szarą masę swoich fanatyczek. O, przepraszam – fanek. Ja też byłam jedną z nich. Jedną z Twoich niewolnic wielbiącą Cię niczym samego Boga. Ty chyba lubisz jak Cię tak traktują, co? Kochasz być w centrum uwagi. Uwielbiasz skupiać na sobie spojrzenia. Pieprzony narcyz! Zapatrzony w siebie egoista i zwyczajny zaćpany dupek! Zastanawiasz się, jakim prawem tak do Ciebie mówię? Mam to prawo, sam mi je dałeś. Mam prawdo nienawidzić Cię całą sobą i tak właśnie jest. Nie mogę na Ciebie patrzeć. Nie domyślasz się, o co mi chodzi? Jak każdy facet. Pewnie już, co najmniej trzy razy pomyślałeś, że jestem niezrównoważona psychicznie. Otóż oświadczam Ci, że jestem w pełni poczytalna.
Być może ten list zaraz wyląduje w koszu zanim dojdę do sedna sprawy. Trudno.
Skrzywdziłeś mnie. Chce żebyś o tym wiedział. Ale zacznę od początku, żeby odświeżyć Ci pamięć. Pamiętasz, co wydarzyło się dokładnie rok i 9 miesięcy temu? Nie kojarzysz? Z jednej strony się nie dziwię. A więc przypomnę Ci. Pamiętasz jeden z ostatnich koncertów zamykających „483 Europa Tour”? O pamiętasz już? Koncert był bardzo udany. Niemieccy fani byli wniebowzięci, widząc Was z powrotem w ojczyźnie. A pamiętasz niską dziewczynę o kruczoczarnych włosach, którą zaprosiłeś na scenę do zaśpiewania „Der Letzte Tag”? Coś świta? To byłam ja, a ta piosenka była istnym zwieńczeniem ostatnich szczęśliwych chwil w moim życiu.
Powiedź szczerze, byłeś wtedy naćpany? Dokładnie mogłam przyjrzeć się Twoim mętnym tęczówkom, bynajmniej nie tym, które spoglądały z każdego plakatu. Twój wzrok był taki pusty a za razem dziki i pełen desperacji. Bałam się Ciebie, mojego bóstwa, a za razem pożądała, chcąc być TĄ wybraną, TĄ, która będzie mogła zaspokoić Twoje żądze.
Po koncercie nie pytając o nic zaciągnąłeś mnie do męskiej toalety. Teraz już sobie przypominasz? To nie był mój pierwszy raz, ale cholernie bolało. Nie zwracałeś uwagi na moje jęki. Robiłeś swoje, byleby się zaspokoić, byle by dać upust nadmiernej dawce adrenaliny i prochom krążącym po całym Twoim ciele. Nawet nie wiesz, jaką miałam ogromną ochotę by Cię zabić za to, co mi zrobiłeś. Byłeś tak otumaniony narkotykami, że nawet się nie zabezpieczyłeś. Znasz dalszy scenariusz? Tak, zaszłam z Tobą w ciążę.
Zastanawiasz się, dlaczego pisze ten list w dzień Twoich 19 urodzin? Bo właśnie dziś Twoja córka kończy rok. Cóż za ironia losu, nieprawdaż? Przeklinałam datę Twoich narodzin a tu proszę, taki zbieg okoliczności. Nie, nigdy nie myślałam o skrobance, chociaż w tamtej chwili nienawidziłam własnego dziecka najbardziej na świecie i to wszystko przez Ciebie.
Nie musisz się martwić, nie chcemy Twoich pieniędzy, nie chcemy mieć z Tobą nic wspólnego. Po prostu MOJE dziecko nie ma ojca. Nie, nie żałuje tego. Nie chciałabym żeby Julii wiedziała, co z Ciebie za skurwiel.
Lepiej dla niej abyś był martwy. Mam nadzieję, że nigdy nie przyjdzie Ci do głowy by nas szukać.

Żegnaj Bill, już na zawsze.




Trzęsącymi rękoma odłożył list na szafkę stojącą tuż obok sofy, na której siedział. Jego oczy zaszły mgłą kryształowych łez. Dłońmi zakrył twarz, jakby chciał ten fakt ukryć przed całym światem. W jego głowie panował istny mętlik i jedno jedyne pytanie - Co dalej? Co do cholery mam zrobić?!

Black Angel

Twoja opinia: komentarze [10]


Anioł Stróż?
Data: wtorek, 2 października 2007
Czas: 13:48:37
Komentarze: 10
Treść: Boisz się śmierci? Ja się bałem… i bać się będę zawsze. Przeraża mnie wiele rzeczy, na przykład samotność. Ty pewnie też się tego obawiasz. Każdy się tego boi.
Minął zaledwie miesiąc od pewnego spotkania, a mój stan duchowy i psychiczny znacznie się poprawił. Pora roku się zmieniła. Z brudnej, szarej jesieni przerodziła się w śnieżnobiałą, mroźną zimę. Niewiele ponad 32 dni temu – tak liczę dni od mojego wybawienia ze szpon głupoty - naprawdę było ze mną krucho. Myślałem o samobójstwie. Tak wiem, to okropne. Ale zapewne Ty też masz takie chwile w swoim życiu, takie, w których chciałabyś ze sobą skończyć, zaprzepaścić wszystko. Po prostu oderwać się od szarej rzeczywistości. Ale pamiętaj, to żadne wyjście! To tylko ucieczka, zwykłe tchórzostwo i wieczne potępienie. A jeśli naprawdę istnieje Ten w górze, to lepiej nie załatwiać wszystkiego na własną rękę. Ja nie wierzę w Boga. Nigdy się z Nim nie liczyłem. Chciałem żyć chwilą, nie zawsze w zgodzie ze Stwórcą. Byłem grzesznikiem chcącym iść do nieba, do krainy wiecznej szczęśliwości. To śmieszne, wiem. Bo jak można chcieć coś od kogoś, kogo nigdy się nie wiedziało, a nawet nie wierzyło w jego istnienie? Ta dyskusja mogłaby się ciągnąć w nieskończoność, ale dajmy temu spokój. Pewnie, choć w najmniejszym stopniu zastanawia Cię, w jaki sposób chciałem pozbyć się tego ciężaru potocznie zwanego życiem? Nie, nie chciałem podciąć sobie żył, ani zaćpać się, Bóg wie, czym. Nie chciałem też skakać z dachu, okna czy co tam jeszcze przychodzi Ci do głowy. Ja chciałem czegoś oryginalnego, coś, o czym te pieprzone brukowce rozpisywałyby się latami, spekulując, co mnie do tego doprowadziło i czy aby kiedykolwiek byłem poczytalny. Zapewne zarobiłyby na mnie, nawet po śmierci, kupę forsy. A przechodząc do sedna sprawy, to chciałem rzucić się pod pociąg. Być może teraz stukasz się w czoło albo jest Ci mnie szkoda. A może myślisz, że sława już całkiem zabrała mi resztki rozumu? Że przysłowiowa woda sodowa uderzyła mi do głowy i że już nie wiem, co ze sobą zrobić by zwrócić na siebie uwagę? Nic bardziej mylnego. Miałem już dość tego całego szumu wokół mnie i Tokio Hotel. Zespół, który był moim niemalże zbawieniem od znienawidzonego życia w małej wiosce pod Magdeburgiem, stał się moim przekleństwem, istnym paktem zawartym z diabłem. Kiedy ja, Tom, Georg i Gustav odnieśliśmy sukces spostrzegłem, jaki jestem samotny, że nie ma już moich przyjaciół i brata, z którymi razem chcieliśmy przejść do końca, przez bagno zwane show biznesem, a teraz, kiedy to właśnie jesteśmy w samy jego środku, nasze ręce się rozłączyły, a wspólny cel nagle zniknął. To moja wina? Nie wiem. Nie wiem także, co by się stało gdyby na mojej drodze, los nie postawił pewnej osoby, która otworzyła mi oczy na parę spraw.
Siedziałem na obskurnej ławce, naprzeciwko torów kolejowych, zapewne przyniesionej tu przez jakichś chuliganów. Wokoło mnie było pełno pustych butelek i petów. Pogrążony w swoich ponurych i samobójczych myślach nie zauważyłem dziewczyny, która usiadła na drugim końcu ławki.
-Czyżbym miała wątpliwą przyjemność poznać słynnego Billa Kaulitza? – zwróciła się do mnie z lekką niechęcią i kpiną w głosie.
Nawet nie obdarzyłem jej spojrzeniem, w tym momencie było mi wszystko obojętne. Popadłem w stan apatii.
-Aa! Rozumiem. Za wysokie progi jak dla mnie – podniosła ręce w znaku rezygnacji, następnie wygodnie oparła je na oparciu ławki. Spojrzała przed siebie. Właśnie po torach przemknął pociąg pośpieszny. Podmuch jesiennego wiatru gwałtownie uderzył w nasze twarze. Dziewczyna szybko zamknęła oczy by ziarenka piasku nie dostały się do środka. Ja nawet się nie poruszyłem, w dalszym ciągu nerwowo obracałem pierścionek na jednym z moich szczupłych palców. W mojej głowie huczało tylko jedno pytanie, czy jestem pewien podjętej decyzji? Nie byłem, dlatego właśnie siedziałem tu na tej przeklętej, starej ławce.
Czarne, duże okular od Chrystiana Diora przesłaniały mi pół twarzy. Włosy były targane przez zimny wiatr we wszystkie strony.
-Wiesz, w gazetach wyglądasz znacznie lepiej. – spojrzała na mnie lekko mrużąc oczy. Jej kąśliwa uwaga nie zrobiła na mnie większego wrażenia.
„Też mi pocieszenie” – prychnąłem w myśli.
Wiedziałem, że zaczęła denerwować ją całkowita ignorancja z mojej strony. A to było wręcz nie dopuszczalne.
-Dziwny jesteś! – stwierdziła - Ale spoko. Rozumiem. Jestem dla ciebie za głupia i zbyt prostacka żebyś zechciał, chociaż na mnie spojrzeć, gdy do ciebie mówię. – jej głos ociekał jadem i złośliwością - Jasne, gwiazdy TWOJEGO – zaznaczyła – formatu nie zadają się już z takimi jak ja. Jasne, rozumiem. Ta cisza z twojej strony jest aż nadto wymowna bym była tak bezczelna i w dalszym ciągu zabierała ci twój cenny czas, którego masz zapewne ponadto. – nie zauważając praktycznie żadnej reakcji z mojej strony kontynuowała swój jakże wnikliwy monolog. Musze przyznać, zaintrygowała mnie. Czym? Chociażby tym, że już na samym początku nie lubiła mnie, nie rzuciła się na mnie niczym wygłodniała zwierzyna.
-Pewnie tacy jak ty to mają wszystko, co sobie zamarzą, co? Na pewno. W końcu za takie okulary, pożal się Boże, Diora można by wykarmić niejeden sierociniec – westchnęła ciężko odwracając wzrok w przeciwną stronę –Ale tacy jak ty nie myślą o innych. Bo co cię mogą obchodzić głodujące dzieci ulicy, co? Ty, zapewne nie masz takich problemów. Może nawet ich nie zauważasz? – znów zwróciła bystre spojrzenie na mnie.
To już stało się naprawdę irytujące. Wiem, że wyglądałem dziwnie. Nie byłem już tym energicznym, rozgadanym acz powściągliwym frontman Tokio Hotel. Ten, siedzący tu, obok niej był marną imitacją, podrzędną podróbką, cieniem mnie samego. Dobrze o tym wiedziałem.
-Z tobą jest coś wyraźnie nie halo. – mruknęła.
„Nie trzeba mi tego mówić. Sam wiem to najlepiej”
Wyraźnie było widać, że nie przepadała za moim zespołem i muzyką. Zapewne, jak większość drażnił ją mój styl bycia. Ostrożnie i powoli podniosła się z ławki. Chwyciła swój plecak i już miała odejść w znanym tylko jej kierunku, kiedy…
-Takie zderzenie z pociągiem bardzo boli? – wypowiedziane przeze mnie, zachrypniętym głosem, słowa wprowadziły ją w osłupienie.
Zmrużyła oczy spoglądająca na mnie i moją zgarbioną sylwetkę. Po chwili zastanowienia z powrotem rzuciła swój plecak na ziemię i usiadł na ławce.
-Co masz na myśli? – spytała.
Głośno westchnąłem, bo co niby można mieć na myśli? Zwróciłem głowę w jej kierunku. Uważnie z za swoich przeciwsłonecznych okularów przyglądając się dziewczynie. Miała śliczne turkusowe oczy podkreślone czarną kredką, przysłonięte przez przydługą złotą grzywkę i niedbale związane w kucyk włosy. Po jej lekko zakurzonych i zniszczonych ubraniach, podartych dżinsach można było wywnioskować, że w jej domu się „nie przelewa”. Poprawiła czarny polar na swoich szczupłych ramionach. Była jakaś taka... zwyczajnie niezwykła.
-O! Wreszcie wielmożny pan Bill Kaulitz zechciał na mnie spojrzeć. Och, jakiż to zaszczyt mnie kopnął. – zironizowała teatralnie przykładając dłonie do swoich lekko zaróżowionych policzków.
-Nie kpij ze mnie. – odparłem sucho.
-Po pierwsze to nie kpię a ironizuję. Po drugie to mógłbyś łaskawie zdjąć swoje jakże drogie okulary ze swojego zgrabnego nosa. – uśmiechnęła się sztucznie.
Posłusznie wykonałem jej „prośbę”. Bądź, co bądź, ale miała rację, a ja chamem nie jestem. Podniosłem na nią mój wzrok. Wiem, wyglądałem odrażająco. Zero makijażu, podkrążone oczy i puste, brązowe tęczówki.
-Wiem, nie wyglądam dobrze. – westchnąłem.
-Dobrze?! To stanowczo za mało powiedziane. – stwierdziła bez żadnych skrupułów, co spowodowało u mnie lekki uśmiech.
-I, co niby cię tak cieszy? – zapytała sarkastycznie lekko mrużąc oczy.
-Wiesz, rzadko mam do czynienia z osobami szczerymi. Hmm... tak w sumie to w ogóle nie mam z nimi do czynienia. – zaśmiałem się dość histerycznie.
Ona naprawdę byłą niezwykłą osobą. Nie mogłem wyjść z podziwu. Mimo tego, że czułem się troszkę atakowany przez nią, polubiłem nawet jej aroganckie podejście do mnie. Wyciągnąłem do niej rękę chcąc poznać imię tej uroczej buntowniczki.
-Dla formalności, Bill. – lekko się uśmiechnąłem.
-Melody. – odwzajemniła gest.
-Miło mi. – kontynuowałem.
-Powiedzmy, że mi również. – uśmiechnęła się półgębkiem.
Uważnie obserwowałem jej twarz, co bardzo ją speszyło. Kiedy zorientowałem się, że ona czuje się niekomfortowo spuściłem wzrok.
-Jesteś całkiem inna. – znowu leciutko się uśmiechnąłem wpatrując w swoje srebrne pierścionki – Na ogół dziewczyny rzucają się na mnie z piskiem. A ty? Nawet mnie nie lubisz, a w ogóle mnie nie znasz. – mój głos brzmiał teraz oskarżycielsko. Sam nie wiem, dlaczego. Może to przez moje wahania nastrojów?
-Nie każdy musi cię wielbić! – prychnęła niczym rozjuszona kotka.
-Wiem to doskonale, ale nie rozumiem twojej niechęci w stosunku do mojej osoby. – rzuciłem jej wyczekujące spojrzenie – Zarzucasz mi, że nie mam serca, że zaprzedałem swoją dusze diabłu i nie obchodzi mnie nic po za sobą samym. Mylisz się. – skwitowałem śmiało wbijając w nią swoje nienawistne spojrzenie – Nie znasz mnie a ja nie znam ciebie. Nie masz prawa mnie oceniać!
„Kurcze ze mną naprawdę coś jest nieporządku, ale z drugiej strony ona nie ma prawa mnie oceniać!”
Dziewczyna zaniemówiła spuszczając wzrok. Dobrze wiedziała, że miałem rację, osądziła mnie nic o mnie nie wiedząc. Widać, że nie lubiła być postawiona w takich sytuacjach.
-Chyba jestem ci wina przeprosiny. – westchnęła.
-Nie musisz. Nie potrzebuję twojej łaski. – odparłem sucho.
-Chyba mylisz pojęcia, chłopcze! – podniosła na mnie wzrok – Ja mówię szczerze, to, co myślę i w zupełności zgadzam się z tobą, że zbyt pochopnie cię oceniłam. Tyle. – odparła zakładając kosmyk jasnych włosów za ucho.
Zszokowany przyglądałem się jej z niedowierzaniem. Po raz kolejny zadziwiła mnie ta niepozorna aczkolwiek niezwykła dziewczyna. Nie mogłem się nie uśmiechnąć.
-To naprawdę niesamowite.
-Co niby? – spytała z pretensją w głosie.
-Że na tym popapranym świecie żyją jeszcze ludzie szczerzy i prawdziwi. Tacy, którzy mają coś oryginalnego, swojego do powiedzenia. Ja już straciłem wiarę w taki świat i w takich ludzi. – westchnąłem ciężko, spuszczając wzrok na szaroburą, wydeptaną ziemię.
-To współczuję. To straszne żyć w świecie bez wartości. – kiwnąłem tylko głową.
Naprawdę mi współczuła? Odniosłem wrażenie, że choć troszkę mnie polubiła. Nic wielkiego, ale zawsze coś.
-Powiedź, o co chodziło z tym pociągiem. Myślałeś o samobójstwie, tak? – powtórzyła zadane wcześniej pytanie, na które jeszcze nie otrzymała odpowiedzi.
Speszyło mnie to.
-Nie! – odparłem szybko spuszczając głowę jeszcze niżej pochylając się na łokciach - Po prostu się zastanawiałem czy to bardzo boli. – chyba przez chwile miała wrażenia, że rozmawia z pięcioletnim, zagubionym w miejskim gąszczu, chłopcem. Ja miałem tak samo z tym, że to ja byłem tym zagubionym dzieckiem.
-Ale, dlaczego? – zapytała łagodnym tonem.
Milczałem przez dłuższą chwilę.
„Przecież to nie jej sprawa!”
-Bo już mam dość tego popieprzonego życia gwiazdy! – wybuchnąłem.
Już dawno chciałem to wykrzyczeć światu, ale jakoś nikt nigdy o to nie spytał, ani nie chciał mnie słuchać. Z moich ust płynęły kolejne gorzkie słowa.
-Mam dość tego pieprzonego Jost’a, który wyzyskuje się na mnie jak tylko się da udając przy tym najlepszego kumpla! Mam dość mojego popierdolonego braciszka, który dba tylko o swój tyłek kosztem innych! Mam dość sztucznej dobroci Gustava i cholernego zarozumialstwa Georga! Nienawidzę tych ludzi! Nienawidzę ich! Wszyscy są sztuczni do szpiku kości! Rzygam już tą całą popieprzoną sławą, tymi pieniędzmi! Mam dość tych wszystkich popierdolonych brukowców i paparazzi śledzących każdy mój krok! Mam dość nachalnych i wścibskich fanów! Dość życia na krawędzi! Wiecznego balansowania na granicy! Codziennego zamartwiania się czy aby z czołówki nie spadniemy na samo dno, z którego już się nie podniesiemy! Mam dość siebie i swojego życia. – skwitowałem cicho bezwładnie opadając na ławkę. Przełknąłem ślinę by nawilżyć swoje suche gardło.
Złotowłosa zdumiona siedziała nieruchomo i wpatrywała się we mnie z lekko uchylonymi ustami i szeroko otwartymi oczami. Pewnie nigdy, patrząc na mnie, nie spodziewałaby się takiego wybuchu nagromadzonych emocji. Ten na pozór flegmatyczny „cień człowieka” przed chwila pokazał, co tak naprawdę w nim siedzi. Ha! To musiał być dla niej szok.
Ulżyło mi, tak jakbym zrzucił z siebie jakiś ciężar, albo odbył, cholernie drogą i skuteczną (zaznaczmy) wizytę u psychoterapeuty.
-Uff! Wreszcie to z siebie wyrzuciłem. Dzięki.– lekko uśmiechnięty zwróciłem się do Melody. Przy niej nie dało sie nie uśmiechać. Przez tą zaledwie godzinę, uśmiech gościł na mojej twarzy więcej razy niż przez ostatnie kilka tygodni.
-Nie...Nie ma, za co.
Dostrzegłem w jej oczach strach? Ostrożnie przysunąłem się do niej. Wyciągnąłem w jej kierunku rękę, gdy ta gwałtownie się odsunęła o mało, co nie spadając z ławki.
-Ej, nie bój się mnie. Ja nie gryzę. Wbrew pozorom. – uśmiechnąłem się chcąc rozładować tą napiętą atmosferę.
-Eee… Sorry. Po prostu przypomniało mi się coś, od czego chciałam uciec, ale wszystko okazało się być trudniejsze niż myślałam. Tak jakbym błądziła się w labiryncie. Wydaje Ci się, że zaraz za zakrętem dostrzeżesz wyjście z tego cholernego piekła, a tu los płata ci figla i krążysz w miejscu tracąc nadzieję, że pokonasz swoje słabości i wydostaniesz się z pułapki własnej, pokręconej psychiki. – uśmiechnęła się gorzko.
Zrobiło mi się jej żal. Widać po niej, że było zastraszona i dużo już przeżyła.
-Ok, ty już wiesz, dlaczego tu siedzę, – zacząłem łagodnie – teraz powiedź, co ty tu robisz.
-Ja… - zawahała się chwilę, ale już po sekundzie śmiało spojrzała mi w oczy – Uciekłam z domu. – spuściła głowę.
Aż zaniemówiłem. Teraz wszystko było jasne. No prawie.
Mocno naciągnęła przydługie rękawy na swoje kościste, zmarznięte ręce. Były chyba jeszcze bardziej kościane niż moje.
-Dlaczego to zrobiłaś? – z moich ust padło pytanie, którego ona zapewne nie chciała słyszeć.
Zamilkła na dłuższą chwilę wbijając swoje śliczne, turkusowe, ale jakże smutne spojrzenie w ziemię.
Nie chciała o tym mówić. Widziałem jak dużo ją to kosztowało. Moje życie w porównaniu z jej to istna sielanka. Ma zaledwie 16 lat, a już zdążyła przeżyć istny koszmar, o którym ja nawet nie miałem zielonego pojęcia. Nocne awantury pijanego ojca, bicie, poniżanie. Zrobiło mi się tak strasznie głupio, że już nawet wolałem żeby to przeklęte piekło mnie w tej chwili pochłonęło. Poczułem się tak cholernie żałosny. Obcy był mi ten okropny świat, w którym jej przyszło żyć. Dzięki tej godzinnej rozmowie zrozumiałem i dostrzegłem więcej niż przez siedemnaście lat mojego życia.
Od dawna przychodzę w to miejsce, ale nie wiedziałem jej już nigdy więcej. Zniknęła. Rozpłynęła się niczym kamfora albo stała się niewidzialna niczym mój Anioł Stróż. Któż to wie, może ona właśnie nim była?

Black Angel

Twoja opinia: komentarze [10]


Miłość bywa zgubna...
Data: środa, 25 lipica 2007
Czas: 22:16:17
Komentarze: 19
Treść: Witam, to już mój trzeci, w karierze pisarskiej, blog. Będę tu umieszczać moje jednopartówki (jak wskazuje adres bloga) głównie o bliźniakach Kaulitz. Będą też publikowane wielopartówki (ale nie więcej niż 5 część). Mam nadzieję, że się Wam spodobają.
Pierwsza jednoczęściówka o Tomie. Zapraszam.


Promienie porannego słońca oświetlały twarz pewnej brązowłosej dziewczyny, wyrywając ją tym z krainy sennych mar. Przeciągnęła się porządnie podnosząc ręce go góry. Otworzyła sklejone snem oczy, po czym znów je zamknęła. Odruchowo sięgnęła ręką obok, jednak natrafiła tylko na rozgrzebaną pościel. Podciągnęła białe prześcieradło by zakryć nim swoje nagie piersi. Przewróciła się na bok przykładając nos do poduszki, na której jeszcze przed paroma chwilami spoczywała głowa jej ukochanego. Cała pościel pachniała Nim. Przypomniała sobie jego pocałunki rozgrzewające ją do czerwoności. Lekko uchyliła powieki przejeżdżając opuszkiem palca po czerwonej, satynowej poszewce poduszki. Miała nadzieję, że jej książę zaraz przyjdzie by obudzić ją swoimi czułymi pocałunkami. Kiedy nie doczekała się go już dłuższy czas wstała z dużego łóżka, szczelnie okrywając się białym materiałem. Cicho syknęła z bólu czując nieprzyjemne szczypanie na wewnętrznej stronie swoich ud.
Rozejrzała się po pokoju na porozrzucane ubrania i mimowolnie uśmiechnęła się na samo wspomnienie wczorajszej nocy. To była jedna z najcudowniejszych chwil przeżytych z Nim. Nieraz sięgnęli szczytu rozkoszy rozpływając się w boskim nektarze namiętności. Dał jej niesamowitą przyjemność pomimo dyskomfortu spowodowanego pierwszym stosunkiem.
Tak mocno go kochała, całym sercem. Sama nie podejrzewał się o tak lotne uczucia. Była przekonana, że miłość to nie dla niej, że nikt nie pokocha jej taką, jaka jest naprawdę. Udawała. Często udawał kogoś zupełnie innego.
Jemu się udało. Poznał ją prawdziwą, taką jak była tylko przebywając sama ze sobą, bez maski, którą przywdziewała na twarz każdego dnia. On wdarł się w jej dusze, w jej serce pozostawiając niezmywalny znak swojej bytności. Była pewna, że on jest tym jedynym, tym, któremu jest przeznaczona, któremu na zawsze odda swoje serce i dusze. Wierzyła w takie rzeczy? Kiedyś nie, ale, od kiedy poznała Jego zmieniła się nie do poznania.
Powoli patrząc pod nogi zeszła po dużych starych, drewnianych, skrzypiących z każdym krokiem schodach. Rozejrzała się po salonie. Nikłe promienie wdzierające się do środka przez zasłonięte kotary odbijały się od drewnianych, jasnych paneli. W domu panowała martwa cisz, spokój, który niepokoił.
Niepewnym krokiem weszła do kuchni. Był tam, stał w samych bokserach. Opierał się dwiema rękami o połyskujący blat jednej z kuchennych szafek. Jego wątła sylwetka przybrała pozycję zgarbionej, a głowę chował pomiędzy ramionami. Twarz zakrywała mu burza rozpuszczonych dredów.
Od razu poczuła, że coś jest nie tak. On nie wyglądał, jak jej zawsze pełen życia i optymizmu Tom. Po cichu zaszła go od tyłu. Delikatnie dotknęła jego pleców przesuwając jedną dłoń na jego umięśniony brzuch. Zatoczyła na nim małe kręgi opuszkiem palca. Drugą ręką przejechała wzdłuż jego placów pozostawiając ledwo widoczne czerwone smugi po paznokciach. W jednej chwila naszła ją fala nieopanowanej czułości. Mocno wtuliła się w plecy swojego ukochanego. Wspięła się na palcach i położyła brodę na jego ramieniu. Odgarnęła włosy z jego twarzy i zbliżyła usta do szyi. Tak ładnie pachniał swoją wodą kolońską. Przygryzła lekko płatek jego ucha szepcząc:
-Kochanie, coś się stało?
Chłopak gwałtownie – jakby do tej pory nie zdawał sobie sprawy z obecności Rossie – odwrócił się w jej stronę niechcący strącając szklankę z nalaną do połowy wodą. Szkło rozprysło się po całym pomieszczeniu, a woda ochlapała gołe stopy obojga. Nie zwrócili na to większej uwagi, gdyż wpatrywali się w swoje oczy.
Jego brązowe, zawsze figlarnie świecące się tęczówki były teraz takie... puste i smutne.
-Kochanie coś złego się stało? – powtórzyła po raz drugi – Coś z Billem?! Twoją mamą?! – zaprzeczył ruchem głowy wbijając swój wzrok w podłogę.
-Musisz…Musisz mnie wysłuchać – jego głos lekko drżał.
Spojrzał w jej jasne, niczym lazur oceanu, błękitne tęczówki.
-To koniec – wyszeptał spuszczając wzrok.
Głośno przełknął ślinę i mocno wciągnął powietrze.
-To koniec. – powtórzył o pół tonu wyżej – Byłaś zwykłą zachcianką... Kaprysem... Żegnaj... – wyminął zszokowaną dziewczynę i szybko wybiegł z pomieszczenia. Zastygła w bezruchu bezmyślnie wpatrując się w miejsce gdzie przed chwilą stała osoba, dla której była gotowa oddać własne życie.
A teraz?
Wszystko w jednej sekundzie legło w gruzach, pochłonięte przez odmęty tak bliskiej przeszłości.
Przeszłości? W końcu każda mijająca sekunda wpisuje się w historię czasu przeszłego. W jednej chwili jej oczy zaszły mgłą kryształowych łez. Bezwładnie opadła na zimną posadzkę. Diamentowe krople spłynęły po jej rumianych policzkach. Nie mogła uwierzyć, że tak ją potraktował, jak zabawkę. Nic nie znacząca rzecz. Zwykłą dziwkę. To bolało, bolało najbardziej.
Nie przypuszczała, że On jest zdolny do takiego bestialstwa, do żerowania na czyichś uczuciach. Myślała, że zależy mu na niej.
Przecież wczoraj, po trzymiesięcznej znajomości powiedział, że ją kocha!
Kłamał?! Łgał jak pies w żywe oczy?!
Zależało mu na jej ciele? Na zaspokojeniu własnych potrzeb fizycznych?
To było okrutne, nieludzkie! Nie mieściło jej się to w głowie.
Załkała cicho chowając twarz w dłonie.
Do kuchni powolnym krokiem, nonszalancko trzymając ręce w kieszeniach wszedł drugi z bliźniaków, Bill Kaulitz. Bardzo zaniepokoił go widok, który zastała w swojej kuchni o godzinie 9.00 rano. Rozbite szkło, rozlana woda i zapłakana dziewczyna jego brata w samym prześcieradle siedząca na drewnianej podłodze.
Szybko podbiegł do Rose przykucając przed nią.
-Rossie, coś się stało? – zapytał spokojnie podnosząc podbródek brunetki.
Widok jej zapłakanego oblicza ścisnął go za serce.
-Tom... – załkała głośno spuszczając wzrok.
-Zrobił ci coś złego? - Czarnowłosy aż się obruszył słysząc własne słowa.
Jak mógł w ogóle posądzać brata o coś takiego?
-Tom...Tom… – czkała przez płacz – On… mnie… oszukał! – podniosła na niego załzawione spojrzenie –Wykorzystał... i zostawił jak zwykłą dziwkę. – wybuchła jeszcze większym płaczem – A ja… ja tak… strasznie go... kocham!
-Ale… Ale jak to? To nie możliwe. On mówił mi, że się w tobie zakochał, że mu zależy. – Bill próbował ją pocieszyć. Na darmo.
-On nie wie, co to miłość! Nie umie kochać! – zaprotestowała ocierając łzy.
Rose nagle poderwała się z podłogi zaciskając pięści na związanym prześcieradle. Wyminęła klęczącego i oszołomionego chłopaka opuszczając pomieszczenie. Szybko weszła na górę po skrzypiących schodach.
Nie było go w pokoju, pościel na łóżku nadal była rozgrzebana, a w powietrzu unosił się zapach zmieszanych damskich i męskich perfum.
Niedbale zrzuciła z siebie okrycie i ubrała się szybko w swoje porozrzucane po całym pokoju ubrania. W jej głowie panował istny mętlik. W jednej sekundzie wpadła w furie, miała ogromną ochotę coś zniszczyć, a zaraz potem czuła się taka bezsilna. Popadał ze skrajności w skrajność. Dotknęła ręką chromowanej klamki, ostatni raz wzrokiem omiotła pokój i wyszła na korytarz. Szybko zbiegła ze schodów. Wymijając osłupiałego jeszcze Billa wybiegła na orzeźwiające poranne powietrze.
Nadciągające szare chmury wróżyły deszcz. Nie obchodziło ją to. Nie odczuwała zimna. Cały czas huczały jej w głowie słowa Toma: „To koniec. Byłaś zwykłą zachcianką... Kaprysem... Żegnaj.”
A miało być tak pięknie. Był jej pierwszym i chciała żeby był ostatnim. Chciała tylko jego i chciała żeby on był tylko jej, ale to było nie możliwe. On należał do milionów. Musiała się nim dzielić z rozwydrzonymi fankami, którym wydaje się, że znają znaczenie słowa kochać. Na samą myśl przechodziły ją dreszcze, istne spazmy. Miała szczęście – tak myślała na początku. Był taki doskonały, wymarzony, jednym słowem ideał. Ideał, który teraz, kiedy dała mu to, czego pragnął okazał się zwykłym małostkowym facetem, dla którego liczył się tylko sex. Wykorzystał ją. Łudziła się, że ją kochał, byli ze sobą, kochała się z nim, a potem usłyszała, że była marionetką w jego rękach. Jej świat pogrążył się w odmętach ciemności. Widziała tylko jedno wyjście. Swoje kroki skierowała w stronę najbliższego mostu na Łabą.
***
Pierwsze dni listopada wróżyły przyjście prawdziwej zimnej jesieni. Silny wiatr targał ciemnymi obłokami. Chmury zdawały się być ciężkie, niczym z żelaza. Opadające z drzew żółto- czerwone liście tworzyły na wypłowiałym trawniku kolorowy dywan pani Jesieni. Z nieba powoli sączyły się łzy skraplającego się Anioła.
Wysoka postać przemieszczająca się powolnym, lekko zataczającym się krokiem mocniej naciągnęła kaptur odkrywający jedynie usta z tkwiącym w nich srebrnym kolczykiem.
Chłopak trzymając ręce w kieszeniach podszedł do jednego ze straganów obsługiwanych przez starszą kobietę. Nieznacznie się uśmiechnął do życzliwej starowinki prosząc o to, co zwykle, herbacianą różę, ulubiony kwiat Rose, jego Rose oraz nieduży czerwony znicz. Długo zajęło mu wybieranie najpiękniejszej rośliny.
Po uregulowaniu płatności zabrał swój zakup i skierował się do bocznej bramy miejskiego, zabytkowego cmentarza. Nie lubił wchodzić głównym, pięknie zdobionym portalem. Tam stało zawsze za dużo gapiów, za dużo żebraków żerujących na współczuciu cierpiących ludzi. Powoli omijając ogromną kałużę przekroczył o wiele brzydszą niż główne wejście bramę, która skrzypnęła przeraźliwie przyprawiając o nieprzyjemne dreszcze na plecach.
Szedł brukowaną dróżką równie powoli, co wcześniej trzymając w jednej ręce róże, a w drugiej znicz. Znał drogę na pamięć, trafiłby tam nawet z zamkniętymi oczami. Starał się codziennie tu przychodzić. Obejrzał się dokoła. Cmentarz o tej porze był opustoszały, martwy.
Ha! To chyba idealne słowo, martwy.
Między drzewami hulał tylko niespokojny wiatr gaszący płomyki zniczy, znak wiecznej światłości, życia wiecznego w zgodzie z naszym Stwórcą. Tu panował taki spokój i cisza. Cisza, która aż dzwoniła w uszach.
Bez zbędnego pośpiechu zrzucił kaptur z głowy ukazując jakże puste spojrzeniem. Czekoladowe, świecące się obojętnością tęczówki, zgrabny, szeroki nos, znamię na prawym policzku i pełne, ponętne wargi ze srebrnym kółeczkiem w nich oraz burza jasnych dredów związanych czarną frotką.
Zimne, diamentowe krople deszczu bezwładnie spłynęły po jego bladej twarzy. Wcale mu to nie przeszkadzało. Minął wielką płaczącą wierzbę. Hmm... płaczącą? Jak wszystko się pięknie ze sobą zgrało oddając to, co w tej chwili czuł. Pod tymże drzewem stał pomnik w kształcie pochylającego się Anioła. Był zniszczony przez czas, przez wieczność.
Na chwile zatrzymał wzrok na nim, po czym skręcił w lewo. Powoli dochodził do celu swojej codziennej wędrówki. Czarna marmurowa płyta, na której leżały, mokre, przekwitłe herbaciane róże i rządek nie wypalonych jeszcze do końca zniczy.
Nie zwracają na nic uwagi usiadł na brudnej, mokrej ławce w swoich jasnych, nowych jeansach Położył obok siebie kwiat i lampkę.
-Witaj Słoneczko. – szepnął po cichu głaszcząc róg marmurowego, zroszonego deszczem pomnika - Już jestem przy tobie. – uśmiechnął się blado spoglądając na wygrawerowane złotymi literami napisy

Śp.
Rose Bulton
Żyła od 28.02.1990r. do 07.08.2006r.
Zginęła śmiercią tragiczną.

„Panie. Przebacz jej, bo nie wie, co uczyniła.”


-Przyniosłem ci dzisiaj tylko jedną różę. Przepraszam. Powinno być ich siedem – jak miesiąc temu, – ale żadna nie dorównywała pięknem tej. – podniósł kwiat wdychają delikatną woń róży – To już cztery miesiące odkąd nie ma cię obok mnie. Nawet nie wiesz jak za tobą tęsknię – szepnął zaciskając pięść na kolcach róży.
Syknął z bólu wypuszczając kwiat z ręki. Malutkie brunatne krople krwi spłynęły po jego aksamitnej skórze wprost na zimny marmur.
Czas mija tak szybko, nieubłaganie ucieka między palcami przestrzeni. Zabierając każda chwilę w odmęty czasowe. Zegar tyka raz po raz wybijając przemijające godziny czyjegoś życia. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale każda sekunda przybliża nas do śmierci. Każda stracona chwila już nie powróci. Tak bardzo żałował swojej decyzji.
Nie potrzebnie dzwonił tego pamiętnego ranka do managera, nie potrzebnie mówił, że się zakochał i chce przesunąć trasę. Postawiono mu ultimatum. Albo ona albo spełnienie dziecięcych marzeń. Wybrał to drugie. Stracił ją. Stracił na zawsze. Zniknęła z powierzchni ziemi. Zniknęła z jego życia pozostawiając wyryte żyletką na jego rękach jej imię i szramę na sercu. Wiedział, że wybrał źle. Popełnił największy błąd w swoim życiu, za który zapłaciła najwyższą cenę jego ukochana.
Nie możemy przenieść się do przyszłości, jaką zgotował nam los, nie możemy także wrócić do tego, co było.
Czy wybierając inaczej wybrałby dobrze?
Nie.
Po tej drugiej stronie, po przeciwnej, Rose stał jego zespół, przyjaciele i brat, którzy tak jak on marzyli o sławie i karierze. Postawiono go przed wyborem, z którego żadne wyjście nie było do końca dobre. Teraz to wiedział. Jednak było już za późno na jakąkolwiek skruchę. Czuł się winny jej samobójstwa.
Dobrze pamiętał jak rzewnie modlił się o to by nic złego jej się nie stało.
Chwila! Modlił się? Tom Kaulitz? Indywiduum? Pępek świata? On prosił o coś? I to w dodatku Tego w górze? Niemożliwe.
A jednak. Cholernie bał się o nią, ale wtedy było już za późno. Otrzymał wiadomość, że wyłowiono jej ciało z rzeki, od razu tam pojechał. Pamiętał jakby to wszystko wydarzyło się poprzedniego dnia.

Padało. Pełno policji żółta taśma rozwinięta w około jednego z brzegów, zaraz koło mostu. Rozglądał się wokół w nadziei, że ujrzy ją wśród gapiów, że to nie ona leży w tym czarnym worku. Nagle zrobiło mu się ciemno przed oczami. Zemdlał.

Kolejne wspomnienie, jej pogrzeb.

Wzrok jej matki, po utracie kochanego, jedynego dziecka patrzył na niego z taką nienawiścią. Czuł na sobie spojrzenia wszystkich zgromadzonych. Czuł się obwiniany, ale przecież on też cierpiał, nie spodziewał się, jakie konsekwencje będzie mieć jego decyzja. To wszystko nie miało tak wyglądać. Czuł się szykanowany, wręcz stłamszony milczeniem zebranych na Jej pogrzebie.

Wyciągnął paczkę papierosów i zapalniczkę ze swojej dużej kieszeni. Deszcz nadal kropił, przez co miał problem z zapaleniem papierosa. Jednak, gdy już mu się to udało mocno zaciągnął się śmiercionośnym dymem przymykając powieki. Westchnął ciężko odstawiając peta od ust popatrzył na jej nagrobek.
-Tak wiem. Przepraszam. Wiem, że nie lubisz, gdy palę, ale to pomaga mi się odprężyć, odreagować. – kolejny raz mocno się zaciągnął, następnie wypuścił chmarę szarego dymu. Strzepnął popiół, ostatni raz się zaciągnął i zgasił papierosa o siedzenie ławki. Sięgnął po znicz, próbując go zapalić na pomocą zapalniczki tylko się poparzył. Gdy wreszcie udało mu się, ustawił lampkę koło marmurowego wazonu ze zwiędniętymi kwiatami, do których dołożył kupioną dzisiaj różę. Ponownie usiadł na ławce opierając łokcie na swoich kolanach.
-A pamiętasz naszą wspólną noc? Ja nie mogę o niej zapomnieć. Byłaś taka cudowna i tylko moja. Nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście, że oddałaś się właśnie mnie jako pierwszemu. Ta świadomość naprawdę mnie budowała. Tak bardzo chciałem, żebyś czerpała z naszego zbliżenia to, co ja. Tak bardzo starałem się nie sprawić Ci bólu. Pamiętam, jak po twoim policzku spłynęła jedna łza, gdy nasze ciała się połączyły, gdy staliśmy się jednością. Uśmiechnęłaś się do mnie, ale ja wiedziałem, że bolało. Nawet nie wiesz, że twoje westchnienia, przyspieszony oddech były najlepszą muzyka, której byłem twórcą. Twoje dłonie, takie delikatne przekradały się po moim ciele sprawiając mi nieziemską rozkosz. Z żadną dziewczyną nie było mi tak dobrze jak z tobą, może, dlatego, że żadnej nie kochałem w przeciwieństwie do ciebie. Każdej nocy wracają te wspomnienia, nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo chciałbym przeżyć to z tobą jeszcze raz. Tylko raz. Rossie, tak bardzo cię kocham – jego głos się załamał.
Lekko poparzoną ręką otarł łzy mieszające się z deszczem. W tej, tak ważnej dla niego chwili, jego komórka dała o sobie znać. Wyjął ją z kieszeni i spojrzał na wyświetlacz.

Bill

Przycisnął zieloną słuchawkę i przyłożył aparat do ucha.
-Słucham?
-Gdzie ty się do jasnej cholery podziewasz, co? - usłyszał zezłoszczony głos brata. – Nie ma cię praktycznie cały dzień!
Tom rozejrzał się w około. Rzeczywiście już się ściemniało, a jutro mają koncert. Musi być wypoczęty.
-Tom? Jesteś tam?
-Tak, jestem.
-To dobrze... Zaraz masz wracać. - zabrzmiało jak rozkaz.
-Dobra zaraz będę. – mruknął do słuchawki rozłączając się.
-Do jutra kochanie. Jutro też cię odwiedzę i pojutrze też. Zawsze. Nikt nas nie rozdzieli. – zwrócił się w stronę nagrobka.
Naciągnął na głowę kaptur i wsadził ręce do kieszeni swoich obszernych spodni. Ruszył wolnym krokiem wśród pomników, na których znajdowały się zapalone znicze. Jego postura powoli znikała w ciemnościach listopadowego wieczoru.


„Kiedy jesteś daleko,
Każdy kawałek mojego serca, tęskni za Tobą.
Kiedy jesteś daleko,
Twarz, którą powinienem znać, także tęskni...
Kiedy jesteś daleko,
Słowa, które pragnę usłyszeć, by pomogły mi przetrwać dzień i sprawić, że jest ok, to:
Tęsknię za Tobą”*




* Avril Lavinge "When You're Gone"

Black Angel

Twoja opinia: komentarze [19]





To co było i minęło...
2007
lipiec (1)
październik (1)
listopad (1)



Ukochani:
black-angel-bill-th

Linki:
Moje blogi
Black Angel Bill TH
Flaming Angel TH



Należę:


szablon
góra | dół